Wywiad opublikowany w magazynie 'Muzyka 21', numer 3, lipiec 2000
Z NADZIEJĄ PATRZĘ W PRZYSZŁOŚĆ...
Z Maciejem Zielińskim rozmawia Brygida Błaszczyk
BRYGIDA BŁASZCZYK - Masz za sobą imponujący start, liczne nagrody na konkursach kompozytorskich, wiele wykonań, w tym, na bardzo znaczących festiwalach, nagrania płytowe, radiowe i telewizyjne. Znalazłeś się także w wydanym ostatnio przez PWM Katalogu Muzyki XX Wieku, jako jeden z wiodących kompozytorów najmłodszego pokolenia. To wszystko sprawia, że chyba z nadzieją patrzysz w przyszłość. Z drugiej strony, te sukcesy chyba jakoś zobowiązują ?
MACIEJ ZIELIŃSKI - Zawsze z nadzieją patrzę w przyszłość. Te, nazwijmy to, sukcesy traktuję bardziej jako potwierdzenie, że to co robię, robię dobrze. Nie wpływają one jakoś szczególnie mocno na moje życie. Po paru dniach radości, po prostu o nich zapominam i żyję dalej. Poza tym, mimo wszystko, nie ma ich aż tak wiele, abym czuł się nimi szczególnie zobligowany. Jest to raczej stymulacja, która pozwala na wiarę we własne siły, na kontynuowanie drogi i dalszą walkę w tej artystycznej dżungli, jaka nas otacza.
- Ale na tle większości swoich kolegów, czujesz się chyba osobą uprzywilejowaną. Otrzymujesz zamówienia, twoje utwory są wydawane, masz świetne warunki rozwoju. Czemu to zawdzięczasz ?
- Nie czuję się szczególnie uprzywilejowany, może mam tylko więcej szczęścia niż inni. Myślę, że nie ma sukcesu bez talentu, pracy i szczęścia, choć różnie bywa z proporcjami. Czasami wydaje mi się, że około 99 % to szczęście. U każdego twórcy te proporcje wyglądają inaczej, ale oprócz talentu największe znaczenie ma zwykle szczęście i determinacja.
- A praca ?
- Tego, co robię nie traktuję jako pracy, natomiast staram się wykorzystać każdą sytuację, żeby w tym co robię pójść do przodu. Nie chcę użyć słowa "osiągnąć sukces", ale właśnie pójść do przodu, mieć wykonania swoich utworów, nie dopuścić, żeby leżały w szufladzie, robić to, co lubię. Nie lubię się cofać i stać w miejscu.
- Na ile młody twórca musi się wypromować sam, na ile zaś może liczyć na wsparcie instytucji, organizacji, środowiska ?
- Na początku musi się wykazać całą masą determinacji i sam walczyć o to, aby zaistnieć. Potem mogą pomóc instytucje czy organizacje, ale najczęściej nie ma na co liczyć. Środowisko najczęściej wspiera osoby wyróżniające się tylko jeśli są to 'swoi ludzie'. Zależy to więc głównie od układów towarzyskich i nie ma co się na to obrażać. Rynek jest mały i każdy walczy o swoje miejsce. Jest to coś pomiędzy dżunglą a mafią. Ja miałem sporo szczęścia, że otrzymując nagrodę na II Forum Młodych Kompozytorów w Krakowie pozyskałem zainteresowanie PWM. Za szefostwa dyr. Leszka Polonego atmosfera wokół młodych kompozytorów wydaje się być znacznie lepsza niż poprzednio. Odmłodzony dział promocji z Andrzejem Kosowskim na czele wreszcie spełnia swoje zadania. Współpraca z wydawcą powoduje, że nie czuję się już tak osamotniony w moich działaniach.
- Przez kilka lat byłeś w zarządzie Koła Młodych przy Związku Kompozytorów Polskich. Jak oceniasz sens jego działalności ?
- Koło Młodych jest bardzo ważną, lecz trochę niedocenianą możliwością promocji. Młodzi kompozytorzy mają tu szansę wykonania swoich utworów, np. w ramach "Warszawskiej Jesieni", czy tak jak było dawniej, " Gdańskich Spotkań Młodych Kompozytorów", czy "Musica Polonica Nova". Członkowie Koła Młodych mają znacznie więcej możliwości wykonywania utworów niż koledzy, którzy zdążyli już wstąpić do ZKP. Namawiałbym młodych twórców, szczególnie spoza Warszawy, aby włączali się w tą działalność. Przy dobrych chęciach i organizacji młodzi kompozytorzy z Koła Młodych mogą mieć znacznie lepszą promocję niż w ZKP, gdzie są inne priorytety.
- I dlatego nie należysz do ZKP ?
- Powiem szczerze, że nie wiem, czy należę. Dwa lata temu otrzymałem list, rozpoczynający się od słów " Obserwując Pańską aktywność artystyczną, chcielibyśmy zaprosić Pana do wstąpienia w szeregi ZKP", zaś po przesłaniu swoich materiałów otrzymałem odpowiedź z żądaniem dosłania partytur, co odebrałem jako delikatny sposób poinformowania mnie, że nie zostałem przyjęty do Związku. Szczerze mówiąc, byłem tym faktem zdziwiony, a potem rozbawiony, tym bardziej, że wcześniej otrzymałem zaproszenie. No cóż, widać zaproszenie dostałem od kogoś innego, a komisja była złożona z ludzi, z którymi nigdy nie zamieniłem słowa i nie byłem w żadnych stosunkach towarzyskich. Jeszcze bardziej zabawna sytuacja była z moim kolegą, kompozytorem z Wrocławia, który podobną informację dostał równolegle z informacją o otrzymaniu nagrody na konkursie im. T. Bairda organizowanym właśnie przez ZKP. Przyznam się, że do dziś partytur nie dosłałem i nie wiem, czy nowo wybrana komisja przyjęła mnie do Związku, czy też nie. Zresztą, prawdę mówiąc, nie spieszy mi się, gdyż jako młody kompozytor nie widzę szczególnych zalet bycia członkiem ZKP. Oczywiście ten czarny wizerunek ZKP rozjaśniają osoby, które z życzliwością odnoszą się do młodszych kolegów. Tych jest jednak niewiele. Pozostali walczą o swoje miejsce na rynku, nie myśląc o tym, że często działają ze szkodą dla kultury polskiej. Nie myślą, że jeśli młodzi nie będą mieli szansy rozwoju, a więc wykonywania swoich utworów, uczenia się na własnych błędach - zginą. W pewnym momencie ci panowie stwierdzą, że po nich nie ma już nic ! Nie będzie kompozytorów średniego pokolenia, a Polska Szkoła Kompozytorska będzie tylko wspomnieniem z przeszłości.
- Co dały Ci studia - myślę zarówno o nauce w Warszawskiej Akademii Muzycznej, jak i podyplomowych studiach w Royal Academy of Music w Londynie.
- Moje studia w AMFC dały mi bardzo dużo, szczególnie od strony warsztatu. Mój profesor Marian Borkowski w fantastyczny sposób potrafił wpajać dyscyplinę, precyzję w notowaniu utworu, umiejętność kształtowania formy. Od tej precyzji zależy, czy wykonawca dobrze odczyta utwór, czy będzie wiedział, co kompozytor chciał wyrazić. Bez tych studiów na pewno nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Ważnym elementem w mojej edukacji były też kursy kompozytorskie organizowane przez PTMW, gdzie miałem możliwość pracy z kompozytorami z całego świata, m.in. z Andriessenem, Yuasą, Lefebvrem. Właśnie na kursach w Radziejowicach poznałem też Paula Pattersona, znakomitego kompozytora i wykładowcę, który zaprosił mnie do studiowania w swojej klasie w Royal Academy of Music.
- Jak porównałbyś te dwie uczelnie. Czy są jakieś szczególne różnice w systemie, bądź poziomie nauczania ?
- Porównując studia podyplomowe w obu tych uczelniach, różnica jest kolosalna. W Warszawie są tylko zajęcia z kompozycji, a w Londynie jest cała masa zajęć uzupełniających, w tym np. analiza muzyczna i dyrygentura. Podstawową zaś różnicą jest to, że w Londynie dzięki dużej ilości koncertów i workshopów kompozytor ma możliwość wykonania prawie wszystkich utworów, które napisze. Największy nacisk położony jest na praktykę.
- W Londynie osiągnąłeś duży sukces. Wygrałeś dwa konkursy, twoje utwory były kilkakrotnie wykonywane. Jak wpłynęło to na twoją pozycję w tamtejszym środowisku ?
- Rzeczywiście, mój pobyt w Londynie był dla mnie, ze wszech miar, korzystny. Utwory nagrodzone to Kwartet smyczkowy z 1994 roku i "Lutosławski in memoriam", niedawno zamówiony przez znaną oboistkę Mellanie Ragge i prawykonany przez nią w St. John's Smith Square. To wykonanie, w jednej z najbardziej prestiżowych sal w Londynie, niestety spowodowało, że zacząłem spotykać się z objawami niechęci ze strony niektórych studiujących ze mną kompozytorów, a co dziwniejsze nawet tych starszych. Nie musimy się więc wstydzić naszego 'polskiego piekiełka', ponieważ ten mechanizm działa wszędzie podobnie, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzą kompleksy i niespełnione nadzieje.
- Ale chyba były i pozytywne rezultaty tego sukcesu ?
- Konsekwencjami kilku wykonań moich utworów, m.in. na Park Lane Festival jest np. to, że mój utwór chóralny wkrótce zostanie nagrany na płytę przez znany londyński chór kameralny Synergie, złożony m.in. z członków BBC Singers. Otrzymałem także zamówienia na cykl pieśni od jednej z najbardziej znanych mazzosopranistek angielskich Sarry Walker i utwór na organy, który będzie wykonany w marcu w Westminster Abbey. W czasie mojego rocznego pobytu w Londynie dużo energii włożyłem także w nawiązanie kontaktów w innej dziedzinie mojej działalności, czyli w muzyce rozrywkowej i to także zaczyna owocować.
- Jaki panuje w Londynie klimat wokół muzyki współczesnej ?
-Podejrzanie dobry. Na koncertach, na których wykonuje się wyłącznie muzykę współczesną sale są pełne, czym początkowo byłem zszokowany. Pamiętam m.in. prawykonanie 17 Etiudy Ligetiego, które szczelnie wypełniło Royal Festival Hall, a był to przecież "tylko" recital fortepianowy. Myślę, że powodem tego zjawiska jest lepsza edukacja muzyczna Anglików, dobra polityka informacyjna, sprytne akcje promocyjne, ciekawie dobierane programy. Jest też swego rodzaju snobizm na sztukę współczesną i oczywiście dużo robią wielkie nazwiska, pojawiające się w Londynie często. Poza tym, muzyka współczesna często traktowana jest na prawach klasyki. Niektóre dzieła Weberna, Takemitsu, Ligetiego, Lutosławskiego nie są traktowane inaczej niż Bach, czy Mozart, i to jest coś, co wyjmuje tą muzykę ze swego rodzaju getta.
- Nie myślałeś o tym, aby zostać tam dłużej ?
- Miałem propozycję, aby zostać w RAM jeszcze jeden rok, jednak zdecydowałem inaczej. Londyn jest bardzo pociągający w sensie artystycznym i dzieje się tam bardzo dużo, ale ja tęskniłem za moim życiem w kraju. Dzięki liniom lotniczym British Airways, które mnie sponsorowały często bywałem w Polsce, jednak mimo to tęskniłem. Ten rok sprawił, że zdałem sobie sprawę znacznie silniej niż poprzednio, że praca zawodowa jest dla mnie bardzo ważna, ale najważniejsza jest miłość, rodzina i życie prywatne. Chcę żyć w Polsce i tutaj mieć swój dom. W Londynie mam nadal dużo kontaktów i sprawy zawodowe ściągają mnie tam często, więc mam poczucie, że cały czas tam działam.
- Dla kogo piszesz ? Bogusław Schaeffer powiedział kiedyś, że pisze dla siebie, bo trzeba pisać dla odbiorcy wymagającego...
- Mam nadzieję, że Bogusław Schaeffer nie pisze wyłącznie dla siebie, bo pewnie byłby zły, że jego utwory są tak często wykonywane ... . Dla kogo piszę ? Kiedyś myśląc nad tym doszedłem do wniosku, że tak naprawdę piszę dla moich najbliższych. Oni dają mi tą wolę walki. Potem wkrada się już inne podejście. Pisząc moje utwory, zwykle podążam myślą za sformułowaniem Lutosławskiego - chcę pisać muzykę taką, jaką sam chciałbym usłyszeć. Innym istotnym elementem jest myśl Grażyny Bacewicz - pisać tak, aby muzycy chcieli to grać. I oczywiście, zawsze myślę o publiczności, której reakcje są dla mnie bardzo ważne. Tak więc: piszę dla najbliższych, ale i dla siebie, dla muzyków i publiczności. Chyba pominąłem tylko krytyków...
- Twoją muzykę odbieram jako pełną harmonii i prostoty, sprawiającą w odbiorze dużo przyjemności, wydobywającą naturalne walory instrumentów i głosu ludzkiego, czasami jednak, wydaje mi się, że trochę zbyt pogodnie patrzysz na świat.
- Cóż, muzyka jest zwykle odbiciem charakteru twórcy, a ja jestem człowiekiem dość pogodnym. Nie wiem jednak, czy moje utwory są aż tak bardzo optymistyczne, może tylko trochę bardziej niż duża część muzyki współczesnej, która znakomicie mogłaby posłużyć do stworzenia ścieżki dźwiękowej do horroru.
- Czy jest dzisiaj w muzyce coś, co może być nowatorstwem ?
- Przymus epatowania nowością, obecny stale w świadomości kompozytorów lat 50 i 60 w tej chwili nie jest już tak istotny, ale myślę, że twórca zawsze powinien patrzeć do przodu i szukać nowości. Nie musi to oznaczać rozwalania skrzypiec o krzesło, ale znalezienie czegoś odmiennego, choćby były to drobne wynalazki, a nie epokowe odkrycia. Myślę, że w samym słowie twórca kryje się potrzeba robienia rzeczy nowych.
- A więc nie jesteśmy skazani tylko na zapożyczenia, wtórność, przemiał. Ktoś powiedział "bełkot albo banał"...
- Absolutnie się z tym nie zgadzam. Szostakowicz powiedział, że w tonacji C-dur jest jeszcze wiele do napisania. Mam nadzieję nie dożyć czasów, kiedy stanie się to nieprawdą ...
- Zajmujesz się także muzyką teatralną, filmową, rozrywkową. Skąd ta wszechstronność. Potrzeba czasów, czy serca ?
- Myślę, że bardziej serca. Miałem to szczęście, że od najmłodszych lat mogłem słuchać w domu rodzinnym muzyki rozrywkowej. Mój ojciec, Andrzej 'Fats' Zieliński był jednym z najlepszych polskich perkusistów jazzowowych, grającym z takimi muzykami jak Zbigniew Namysłowski, Krzysztof Sadowski, Krzysztof Komeda, Michał Urbaniak. Potem, silnie związałem się także z muzyką poważną i dalej moje zainteresowania przebiegały już dwoma torami. Doprowadziło to do sytuacji, w której równie dobrze czuję się w obu gatunkach.
- A czy zajmowanie się tzw. rozrywką nie przeszkadza ci w tworzeniu muzyki poważnej ?
- Wręcz przeciwnie, pisanie muzyki rozrywkowej, a zwłaszcza filmowej pomaga mi, dlatego, że mam możliwość sprawdzenia wielu konfiguracji aranżacyjnych i orkiestracyjnych. Daje mi to większą swobodę w pisaniu. Zbieram więcej doświadczeń, więc szybciej idę do przodu. Są to komplementarne zajęcia.
- Mimo wszystko, czy jednemu z najbardziej obiecujących młodych kompozytorów wypada brać udział w produkcjach z Violettą Villas, czy Krzysztofem Krawczykiem ?
- Jeśli pracuje się z 50 -osobową orkiestrą, 20 -osobowym zespołem rozrywkowym, 30 -osobowym chórem i pisze aranżacje na taki skład, zbiera się doświadczenia trudne do zdobycia w inny sposób. Myślę, że każde przedsięwzięcie muzyczne, jeśli jest dobrze zrobione, może dać dużo satysfakcji. Wykonanie i podejście decyduje o tym, co jest chałturą, a co nie. Każde, nawet najmniejsze zadanie, takie jak napisanie 30- sekundowej reklamy traktuję tak samo poważnie jak pisanie dużego utworu orkiestrowego.
- A doświadczenia związane z pisaniem muzyki filmowej ?
- Bardzo lubię pisać do filmu, chociaż ze względu na tempo pracy, działania te obarczone są dużą nerwowością. Na przykład, w czasie pracy nad muzyką do "Gier ulicznych" Krzysztofa Krauze, w ciągu 2 tygodni musiała powstać ścieżka dźwiękowa z bardzo zróżnicowaną stylistycznie muzyką, od kwartetu smyczkowego, poprzez utwory łączące instrumenty elektroniczne z orkiestrą, aż do ciężkiego rocka i techno. To było trudne zadanie. Trudno jest też stworzyć muzykę filmową, która istniałaby także w oderwaniu od obrazu stanowiąc autonomiczną wartość. Starałem się to uzyskać podczas pracy nad filmem "Niemcy", w reżyserii Zbigniewa Kamińskiego. Świetny pod tym względem jest według mnie John Williams.
- Co zaliczyłbyś do swoich największych sukcesów artystycznych ?
- Myślę, że te największe osiągnięcia są jeszcze przede mną, toteż na to pytanie będę mógł odpowiedzieć rozsądnie może za 10 lat.
- Twoja I symfonia znalazła się ostatnio w programie jednego z najbardziej znaczących festiwali muzyki współczesnej - World Music Days '99. Jak do tego doszło ? Pytam, bo podobno twój utwór nie został zakwalifikowany od razu.
- Tak, sytuacja była dość śmieszna, typowo polska. Gdy wysłałem mój utwór do krajowego jury, został on odrzucony. Natomiast, gdy nie ustając w wysiłkach wysłałem go do jury światowego, tam utwór został zakwalifikowany. Myślę, że jury krajowe po prostu przeoczyło mój utwór, może gdzieś się zapodział i nie przeszedł przez wąskie sito selekcji. Mam więcej szczęścia za granicą. Po fakcie PTMW bardzo mi jednak pomogło w zorganizowaniu pobytu na festiwalu.
- Chciałabym na koniec nawiązać do twojego utworu "Vox Humana", będącego, zdaniem jednego z krytyków "niemal programową realizacją odwoływania się do uniwersalnych humanistycznych wartości". Ciekawa jestem, jak wyobrażasz sobie twórczy Vox Humana w nowym tysiącleciu ?
- W utworze tym chodziło mi o przekazanie kontrastu między zgiełkiem i chaosem otaczającej nas rzeczywistości, a światem wewnętrznym człowieka. Starałem się zawrzeć w nim prawdę o człowieku, posługując się 'zgiełkiem' perkusji i odseparowanym od niego formalnie tytułowym 'głosem ludzkim' - partia wiolonczeli. Myślę, że ta problematyka, ten rodzaj symboliki pozostanie niezmienny. Człowiek nadal otoczony będzie zgiełkiem współczesności, ale gdzieś tam w środku zawsze będzie tkwił w nim głos, starający się ten zgiełk przekrzyczeć lub czasem nawet przemilczeć ...![]()